
Ludzie tacy jak ja, wychowywani w wierze chrześcijańskiej od małego, byli uczeni święcić dzień święty. To już od rodziców zależało, czy to będzie uczta przy stole w ładnych ubraniach, czy wycieczka do kościoła. Wydaje mi się, że człowiek staje się zupełnie niezależny od rodziców dopiero wtedy, kiedy zacznie świętować na swój rachunek — samemu wybierając jak ma się to odbywać.
Poczułem się naprawdę dorosły wtedy, kiedy zrozumiałem, że prawdziwym powodem do świętowania dnia siódmego nie są obiady, tylko śniadania. Liczba osób przy świętowaniu jest ograniczona przez porę dnia, ale to tym lepiej — więcej jedzenia dla Ciebie. W wąskim gronie można zapomnieć o jakiś bardziej złożonych zasadach ubioru i cały proces od przyrządzenia do spożycia śniadania odbyć w piżamie. Nie każda niedziela doczekuje się takiego święta, ale to może i lepiej, dzięki temu takie okazje nie powszednieją i za każdym razem produkują tyle samo endorfin.
Cały czar tego śniadania tkwi w jego nieograniczonych ramach czasowych, dlatego to co postawisz na stole powinno być czymś więcej, jak kanapka czy jajecznica. Poniżej znajduje się moje ujęcie daru od tunezyjskich ludzi jakim jest szakszuka.


