
Mam wrażenie, że szpinak był kiedyś trochę kontrowersyjny. Marynarz, który jadł szpinak miał mięśnie ze stali. Dzieci nie chciały go jeść bo jest obrzydliwy a jego konsystencja po ugotowaniu przypomina zielone błoto. Symbol siły, którego najmłodsi nie chcą jeść.
Nigdy nie rozumiałem tych skrajności. Szpinak mienił mi się jako towar luksusowy,podobny do kawioru, więc praktycznie w ogóle nie pojawiał się na talerzu. A jak słyszę, że coś smakuję jak breja to najpewniej oznacza to, że przy garach była osoba której było wszystko jedno. Z takim podejściem w kuchni nie trudno sprawić, że wszystko smakuje jak błoto.
Dzięki odpowiedniemu nagłośnieniu szpinak cieczy się dziś szacunkiem łasuchów i koneserów kulinarnych wszelkiego rodzaju. Jest on obecny w każdej szanującej się sałatce dla wegetarian, ale mała garść jego liści obok steka ucieszy lica mięsożercy.
Jak dla mnie jest to po prostu kolejny składnik który ma swoich kumpli z którymi lubi przebywać i jeżeli zorganizuje się im odpowiednie warunki to wykonają zachwycające harce na naszych językach. Ostatnio odkryłem, że pewien ser jest naprawdę dobrze rozumie szpinak.
Poniżej przedstawiam pomysł na tłustą imprezę z nietypową (póki nie spróbowałem, wydawała mi się wręcz niepasującą) przyjaźnią w roli głównej.

